Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/175

Ta strona została przepisana.

RODZINA Chavannów nie starała się przenikać tej tajemniczej wymiany myśli. Snuły się one pod przysłoną posłanniczki, wchodzącej i wychodzącej.
Badawcze oczy małego, nudzącego się chłopca pochwyciły tok korespondencji. Nie powiedział nic. Wiódł życie skryte, nie zwierzając się starszym, regestrując, choć nie rozumiał, wszystko, co dostrzegł i budował z tego ciekawe romanse. Wydało mu się, że Herman i Anetka uprawiają przelotną miłostkę, ponieważ zaś czuł pociąg do tej jasnowłosej kobiety, wnoszącej jaśń do domu, przeto martwił się bardzo. Niecierpiał jej teraz i kochał ją szalenie.
Dumna pani de Seigy-Chavannes odwracała oczy, nie chcąc widzieć niczego.
Pani de Mareuil, istotnie nie wiedziała. Jej lojalna dusza nie zdolna była przypuszczać tego, co potępiało surowe pojęcie obowiązku. Szanując Hermana, była pewna, że poświęcił serce ojczyźnie, mimo, iż ona to właśnie była zdolna odczuć nieodporną słodycz tej przyjaźni. Jakżeby Herman śmiał rewindykować swe prawa wobec niej, odartej z wszystkiego, co kochała, a co bez skargi stoicznie złożyła Bogu u stóp, żyjąc w smutku i rezygnacji?
Tajemnicę Hermana znała jedna tylko matka. Trudno było przed nią zataić pisywanie i odczytywanie listów. Była dyskretną depozytarjuszką sekretu syna trawionego chorobą. Nie sądząc go, już rada była, że ma bodaj tę jedyną radość, i drżała z obawy, by zdradzona tajemnica nie wywołała konfliktu rodzinnego, co zadałoby podwójny cios jej sercu. Czuła z jednej strony rację rodziny, a z drugiej... syn był przecież synem. Istnieje prawo i coś jeszcze poza prawem.
Nieustępliwa pani de Seigy-Chavannes czuła... nie przyznając tego zresztą... także, jako siostra, ów przywilej. Widząc śmierć na twarzy Hermana, milczała.

157