Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/194

Ta strona została przepisana.

Obojętną nie jest. Czuje tylko instynktownie, że pewne myśli kiełkują zwolna, jak rośliny, a jeśli wyjrzą przedwcześnie na świat, zwarzy je pierwszy nawrót mrozu. Zima jest jeszcze w duszach, nie trzeba ich budzić z letargu, który koi troski i wątpliwości. Przedwczesne przebudzenie zgubiłoby je.
Na górnem piętrze, nad Anetką ktoś złorzeczy w głos. To Perret, robotnik dysputuje z towarzyszem. Przyjechał na kilkodniowy urlop, strasznie rozjątrzony. Wścieka się na towarzyszy broni, buntuje przeciw wodzom, klnie na cały świat. To, co widział na froncie, na tyłach armji, trwonienie życia, mienia, utrata złudzeń, demoralizacja we własnej rodzinie, córka ulicznica, kobiety wyrzucające pieniądze na głupstwa, zarobione w rzeźniach mięsa ludzkiego... Mimo to wrzeszczy z pasją:... Aż do końca! A gdy towarzysz anarchista drwi zeń, usiłując zachwiać, woła: Stul pysk! Inaczej strącę cię ze schodów... Czegóż chcesz ode mnie? Czyż nie mam tego wszystkiego dość? Czy sądzisz, że mi zwiastujesz nowinę, mówiąc, iż nas wszystkich oszukano, że ojczyzna, jak i cała reszta, to ponura plaga, że nas mordują za nic? W cóż, u djabła, mam wierzyć? Nie wierzę już w rewolucję, religję, ludzkość (to jeszcze głupsze i bardziej puste, niż co innego!). O cóż się zaczepię, nie mając ojczyzny? Przyjdzie chyba palnąć sobie w łeb!...
Anetka rozumie Perreta, Marek nie...
— Niechże sobie palnie w łeb!...
Młodość nie ma litości dla biedaka, który chcąc żyć szachruje życiem. Marek nie szachruje nigdy. Chcąc żyć mimo wszystko, łącznie z kolegami, anarchistami į dadaistami mści się na teraźniejszości wystawianiem na pośmiewisko, bez granic i miary, wszystkiego co istnieje, posuwając drwiny do granic ostatecznych, do

176