Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/201

Ta strona została przepisana.

maczyć się. Ta Święta Unja sprawiła, że człowiek boi się człowieka... Nie mówić! Baczność! Zważ kto słucha!... Gdy pani weszła (wzajemne wyznanie) i ja wziąłem język na postronek.
— Będę szczerą! — powiedziała. — Pan zaś postąpi, jak zechce.
Pitan odparł dobrodusznie:
— Ze mną mówić można śmiało. Słucham tedy! Żadne z nas nie nadaje się do tajenia swych myśli.
Poprostu, bez obsłonek wyznała co uczynić zamierza. Słysząc to, podskoczył Pitan parę razy, nie przerywając jednak, gdy zaś skończyła, odkaszlnął i rzekł:
— Czy pani wie, na co się naraża?
— To rzecz obojętna! – powiedziała spokojnie.
Pitan odkaszlnął znowu. Zadał sobie pytanie, co może skłaniać tę kobietę do narażenia życia i honoru. Wahał się, czy mówić, czy nie, a Anetka to odgadła.
— Panie Pitan, ma pan o coś zapytać... nieprawdaż?
— Przepraszam panią bardzo! Sądzę, że temu młodzieńcowi, którym się pani interesuje, lepiej tam, gdzie jest obecnie... pocóż go narażać, skoro teraz bezpieczny?
— Nie idzie o jego bezpieczeństwo, ani też o moje.
Pitan rzekł poprostu:
— Ach tak! Więc pani tamtego kocha?
Anetka pokraśniała po raz drugi. (Jakże młodą ma jeszcze krew!)
— Żadnego z nich nie kocham, panie Pitanie. Jestem za stara na to. Ani mi to przyszło do głowy. Idzie o ich przyjaźń wzajemną, nie o ich przyjaźń dla mnie.
Pitan obserwował Anetkę, ona zaś dodała, jakby na usprawiedliwienie:
— Jeden z nich jest śmiertelnie chory, niedługo umrze. Przeto niema się co namyślać... nieprawdaż?

183