Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/280

Ta strona została przepisana.

A jednocześnie spoglądała. Ni strach, ni żądza nie émiło jej spojrzenia. Widziała się obnażoną. Wiedziała, że wszystko, od pierwszej chwili, było kłamstwem. Wiedziała zawsze o tej miłości... Odkądże? Czyż od Nie pokochaj go pani zanadto? słów Hermana: Nie, wcześniej jeszcze!... Od ucieczki? Jeszcze wcześniej, jeszcze wcześniej! Skądże tedy owo zbożne zdumienie chwil ostatnich, gdy odkryła ową miłość od tak dawna żywioną?... Komedjantko! Kłamiesz! Roześmiała się wzgardliwie. Ironja przezwyciężyła najwyższe napięcie cierpienia. Teraz rozpoczął się dialog pomiędzy chytrym sentymentalizmem i bezceremonjalną szyderczą ironją, która zdziera maskę i widzi wszystko.

∗             ∗

ALE ironja nie skraca, ni o jednę godzinę namiętności, a czyni ją jeszcze bardziej gorzką.
Minęła noc, a ptaki porzuciły padlinę. Obsiadłszy gałęzie drzew pobliskich, zagrażały powrotem, nie ustępując zgoła, a każdy wykrzykiwał swe prawo. Wyczerpana, oszołomiona, wstała. Nie powzięła żadnej decyzji. Szumiało jej w uszach. Czekała, siedząc...
Wyglądając oknem na drogę, czekała Franza, pewna, że przyjdzie.
Zjawił się. Podszedł do drzwi. Spojrzał, zawahał się... ruszył zpowrotem... Uszedłszy trzydzieści kroków, zawrócił. Widziała poprzez firanki trwożny wyraz jego twarzy, gorączkową niepewność i zakłopotanie. Stał pod drzwiami, potem uczynił gest, by wejść. Ale nie wszedł. Podniósł oczy na okno Anetki, a ona rzuciła się wstecz. Słyszała już tylko łomot dwu serc. Ale jej serce rychło zaczęło odzyskiwać spokój, a oddech stał się równy. Przez

262