Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/87

Ta strona została przepisana.

muje... O wstydzie! Niema w kieszeniach nic, ni tytoniu, ni pieniędzy. Cóż teraz pocznie?... To zakłopotanie przeszkadza mu słuchać. Mimo to jednak słyszy i zaciekawia się. Zaufanie, za zaufanie! Zwierzają się sobie wzajem...
Jest to robotnik, elektrotechnik. Pracuje w fabryce zmilitaryzowanej. Suma jego zarobku dziennego przygniata wprost małego mieszczucha, który nie posiada nic, nic nie zarabia i prócz wydawania nie jest do niczego zdolnym. Kazimierz nie korzysta ze swej wyższości, zna ją oddawna i zamieniłby może nawet za ową niższość burżuazyjną, którą gardzi i której zazdrości od samego urodzenia. Tej nocy atoli, nie myśli wcale o wzgardzie, ni zazdrości. Pociąg jest silniejszy. Ta twarz widziana niedawno, ten nieznany świat człowieczy... Marek odczuwa również ten pociąg. Starają się wybadać wzajem. Zapory opadły. Wszakże Marek wyrwał się także z klasy swojej! (Jakaż jest klasa społeczna tego biednego dziecka bez ojca?) Są sobie równi.
Ale Kazimierz starszy. Nie idzie o wiek. Te kilka miesięcy nie są warte wzmianki. Kazimierz jest starszy dzięki doświadczeniom życia na przedmieściu.
Marek milknie onieśmielony i żądny nowości. Wygodnie mu z tem milczeniem. Jest tak, jakby wiedział, to czego tamten nie wie. Ryzukując słowo, czyni to w sposób krótki, urywany, tonem ironicznym, który podtrzymuje złudzenie.
Ale nie trwa ono długo. Nie trzeba patrzeć w dziewiczą twarz jego, przy świetle kawiarni, gdzie go wciąga Kazimierz. Odrazu wychodzi na jaw jego zażenowanie i naiwność. Towarzysz dostrzega to, spozierając chyłkiem, z pod oka, niejako przez kratę winnicy, śledząc i sondując, co go wprawia w zakłopotanie gniewu, a jednocześnie pociąga...

69