Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana III.djvu/92

Ta strona została przepisana.

śmiąc spojrzeć w głąb. Trudno jej było dlatego motywować odruchy buntu argumentami rozumu. Zmysł wnętrzny starczył jej za przewodnika. Markowi mało tego było. Mężczyzna potrzebuje jasnych racyj... fałszywych, czy nie... ale jasnych, by niemi klasyfikować namiętności swoje.
Owe jasne ideje znajdował Marek w obfitości u logików myśli robotniczej. Każdy ich opór był skrupulatnie umotywowany i rozpięty na rusztowaniu cyfr i faktów, Słowa niczem nie zaprawne, powolne, omackie słowa Merrheima, który szukał wyrażeń stosownych, nie przekraczających myśli, posiadały wzniosłą uczciwość, były niby u Focjona toporem krasomóstwa jego. Pociągał go także spokojny, dobroduszny Monatte, niebaczny na nikogo, szeregował starannie zaobserwowane fakty. Rosner był stalowo precyzyjny, a tłumiona jego namiętność świadczyła, że boi się sprzeniewierzyć, przez wybuch, idejom. Ten żar lodowaty, wywarł na chłopca sceptycznego, gwałtownego, popędliwego, wpływ wstrząsający. Charakter tajemny tych zebrań, narzucony koniecznością, nieustanne niebezpieczeństwo zawieszone nad głowami, świadomość, że tak olbrzymie masy tylu narodów trzymają pięści wzniesione przeciw tym fanatykom sprawiedliwości, poszukiwaczom prawdy i jej mdłego światełka, wszystko to przepajało atmosferę zebrań, mimo składu ich przywódców, tchnieniem wprost religijnem. Przy blasku tej latarni morskiej, pobladłe oblicza i znużone oczy nabierały dziwnego promieniowania.
Pyszny mały burżuj czuł się upokorzonym przez niejednego z tych rzemieślników, którzy go przewyższali sercem.

∗             ∗

74