Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/138

Ta strona została przepisana.

był aniołem i malował ludzi z bardzo znacznej odległości, straciłby tyle w sztuce malarskiej, ileby zyskał w sztuce gruchotania ludziom kości.
Maisie roześmiała się, wyobraziwszy sobie Dicka jako anioła.
— Ale ty, zdaje się, myślisz, — przemówiła, — że wszelka wybredność jest szkodliwa dla twórczości.
— Nie jest to jeno moje widzimisię. To prawo... takie samo, jakie było u p. Jennett. Wszystko, co wybredne, przynosi pracy uszczerbek. Cieszę się, że tak jasno zdajesz sobie z tego sprawę.
— Nie podoba mi się ten pogląd.
— Ani mnie. Ale... otrzymałem nakaz: cóż mam robić? Czy czujesz się na siłach, aby bez niczyjej pomocy stawić czoło temu prawu?
— Zdaje mi się, że muszę tego dokazać.
— Pozwól, bym ci pomógł, moja droga. Podtrzymując się wzajemnie, ramię w ramię, będziemy się starali kroczyć prosto. Będziemy popełniać straszne omyłki, ale lepiej tak będzie nam obojgu razem, aniżeli iść chromym krokiem każdemu z osobna.
— Wątpię, czybyśmy się zgodzili ze sobą. Dwoje w jednym zawodzie... nie żyją z sobą w zgodzie!
— Jakżebym chciał napotkać owego człowieka, który sklecił to przysłowie! Żył on chyba w jaskini i pożywiał się surowem mięsem niedźwiedziem. Kazałbym mu strawić żeleźca własnych strzał. No i cóż?
— Byłabym tylko połowicznie twoją żoną. Zajmowałabym się i wywoływałabym hałas swą robotą, jak to czynię obecnie. Przez cztery dni w tygodniu niepodobna ze mną prowadzić rozmowy.
— Tak mówisz, jak gdyby prócz ciebie nikt na całym świecie nie parał się pendzlem. Czy przypuszczasz, że