Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/153

Ta strona została przepisana.

— Czy przypominasz sobie, że w dziesięć dni później oddałem ci te pieniądze i żeś je włożył na dno pudełka z tytoniem?
— Na Jowisza, czyż to uczyniłem? Zdawało mi się, że pieniądze te znajdują się w jednem z moich pudełek z farbami.
— Zdawało ci się! Tydzień temu zaszedłem do twojej pracowni po tytoń... i znalazłem je.
— Cóżeś z niemi zrobił?
— Wziąłem Nilghai’ego do teatru i nakarmiłem go.
— Nie potrafiłbyś nakarmić Nilghai’ego, choćbyś miał i dwa razy tyle pieniędzy... a nawet gdybyś mu dał do zjedzenia całego wołu z wojskowych zapasów. No, przypuszczam, że prędzej, czy później i takbym znalazł te pieniądze. Co w tem śmiesznego?
— W niejednym względzie jesteś jeszcze zdumiewająco naiwny — rzekł Nilghai, śmiejąc się jeszcze wciąż na wspomnienie obiadu. — Mniejsza o to. Obaj pracowaliśmy bardzo ciężko, a trwoniliśmy tylko twoje lekko zapracowane dochody... nad czem niema co utyskiwać, gdyż jesteś poprostu próżniakiem...
— Bardzo miło usłyszeć coś podobnego... i to z ust człowieka, który roztył się na moim chlebie. Muszę sobie w najbliższym czasie odbić ten obiad. Możebyśmy poszli teraz do teatru.
— Włóżmy buty... ubierzmy się... i umyjmy?...co? — przemówił Nilghai nader ociężale.
— Cofam wniosek.
— A możebyśmy, dla odmiany... ot, tak dla niezwykłej rozmaitości... możebyśmy (zważ, iż mówię w liczbie mnogiej) wzięli się do węgla i płótna i podjęli na nowo robotę?