Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/157

Ta strona została przepisana.

Zaraz się zrobi. Schodzą się ze wszystkich stron świata na wesele Nilghai’ego z angielską oblubienicą. Zrobię to sepją... doskonale się nada.
— Haniebna strata czasu! — ozwał się Torpenhow.
— Nie martw się; to wprawia rękę... zwłaszcza gdy się zacznie bez ołówka.
I z całą zawziętością zabrał się do pracy.
— Oto kolumna Nelsona. Nilghai będzie Się na nią wdrapywał.
— Daj mu tym razem jaki przyodziewek!
— Pewnie... dam mu welon i wianek z kwiatów pomarańczy, jako panu młodemu.
— Dalibóg, to kapitalne! — ozwał się Torpenhow, przyglądający się robocie, gdy Dick trzema machnięciami pendzla wywołał na powierzchnię papieru opasłe pleczyska i pełne wysiłku ramię, kurczowo obejmujące kamienny trzon kolumny.
— Wyobraź sobie, — mówił dalej Dick, — coby to było, gdybyśmy po parę takich obrazków wystawiali na widok publiczny, ilekroć Nilghai przekupi jakiego gryzipiórka, chcąc dać publiczności należyte wyobrażenie o moich obrazach.
— No, sam przyznasz, że zawsze ci się zwierzam, gdy dopuszczę się czegoś podobnego. Wiem, że nie potrafię cię zjechać tak, jak na to zasługujesz, wobec tego odstępuję komu innemu tę robotę... Naprzykład... młody Maclagan...
— Nie... nie... jeszcze pół minutki, mój stary... wyciągnij rękę na ciemne tło tapety... dąsaj się jeszcze i wymyślaj mi. Lewe ramię zanadto jest cofnięte, nie mogę go narysować... muszę, mówiąc dosłownie, zarzucić na nie zasłonę... Gdzie mój scyzoryk? No, i cóż ten Maclagan?