Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/163

Ta strona została przepisana.

— Czemuż teraz nie podejmiesz czegoś w tym rodzaju? — odezwał się Nilghai.
— Bo takich rzeczy niepodobna przywołać postem i modlitwą. Jeżeli znajdę statek przewozowy, Żydówkę kubańską, nowy pomysł i ten sam tryb życia, co niegdyś... to możebym na to się porwał.
— Tego wszystkiego tutaj nie znajdziesz — oświadczył Nilghai.
— Nie, nie znajdę! — powtórzył Dick, z trzaskiem zamykając szkicownik. — Ależ gorąco w tym pokoju, jak w piekarni! Skocz-no który otworzyć okno!
Wychylił głowę w gęstwę nocnej pomroki, wpatrując się w czarniejsze jeszcze mroki stolicy, rozłożonej tam nisko w dole. Pensjonat, który zamieszkiwali, położony był znacznie wyżej, niż inne domy i panował nad setką kominów sąsiedzkich... nad blaszanemi, pogiętemi „strażakami“ które, obracając się zwolna wokoło, miały niejakie podobieństwo do przyczajonych kocurów... oraz nad innemi dziwowiskami z nietynkowanej cegły lub cynku, osadzonemi na żelaznych wsporach i spiętemi zapomocą ankrów. Od północnej strony lśniły światła cyrku Piccadilly i Leicester Square, rzucając miedziany poblask na czarne dachy... Po stronie południowej widać było światła, ciągnące się rzędem wzdłuż Tamizy. Przez jeden z mostów kolejowych przetoczył się pociąg, a jego dudnienie na chwilę zagłuszyło stłumiony gwar uliczny. Nilghai spojrzał na zegarek i zwięźle przemówił:
— To nocny kurjer paryski. Mógłbyś się nim przejechać do samego Petersburga.
Dick wytknął z okna głowę i ramiona i patrzył hen za rzekę. Torpenhow stanął przy nim, Nilghai zaś z całym spokojem podszedł do fortepianu i odsłonił klawja-