Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/169

Ta strona została przepisana.

— Morze nie posyła ci pięciu liścików na dzień! dogryzł mu Nilghai.
— Nie, ale okropnie mnie poderwało. Bodajbym nigdy się nie spotkał z tą zawziętą starą jędzą! Czemuż nie dano mi urodzić się, wychować i zemrzeć kędyś w głębi lądu?
— Widzicie go, jak bluźni swej pierwszej miłości! Czemuż to, na miłość Boską, nie chcesz słuchać tej czarnoksiężniczki? — zagadnął Torpenhow.
Zanim Dick zdążył odpowiedzieć, Nilghai jął się wydzierać przeraźliwym głosem, od którego zabrzęczały wszystkie szyby w pokoju. Była to pieśń o „Morskich Bywalcach“. Jak wiadomo, zaczyna się ona od słów:

Morze to stara baba-piekielnica...

— a następnie, przeleciawszy nawałą przez osiem wierszy, pełne bujnej choć prawdziwej treści, kończy się przyśpiewem, powolnym i przyciszonym, jak turkot korby kotwicznej w chwili, gdy statek markotnie podjeżdża ku rejdzie, poza którą, na twardym bruku nadbrzeża, snują się ludzie i pracują, w pocie czoła:

„O matki rodzone! czas w inną nam stronę!
Morze jest od was tkliwsze daleko;
Bo zew w nas się legnie — i w każdem gra ścięgnie!...“

Nilghai — z głupia frant — odśpiewał dwukrotnie tę zwrotkę, pragnąc, ażeby Dick ją usłyszał. Ale Dick czekał na pożegnanie mężów z żonami...

„O lube małżonki! nadszedł czas rozłąki!
Morze jest od was milsze daleko;
Niech każda łzę otrze! Bóg wam daj sny słodsze!..“
Bywalcy morza odrzeką...

Chrapliwe słowa rozbijały się w powietrzu, jak wrzawa fal, co siepały i obryzgiwały kadłub mizernego statku, płynącego z Limy, w owe czasy, gdy Dick rozcierał