Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/29

Ta strona została skorygowana.

— Mnie to wcale nie raduje. Juści zostanę tutaj sam, jak palec. Słuchajno, Maisie, czy ty naprawdę myślisz odjechać? A więc obecne wakacje będą ostatnie, przez które dano mi ciebie jeszcze widzieć... Za tydzień powrócę znów do szkoły... Chciałbym...
Młoda krew zrumieniła ponsowo jego policzki. Maisie zajęła się zrywaniem pęków trawy i strącaniem ich ze zbocza, na żółty mak morski, który sam przez się, jakby od niechcenia, kiwał się w stronę bezkrawędnych płaskich żuław oraz mlecznobiałego morza ciągnącego się poza obrębem tychże.
— Jabym pragnęła, — rzekła po chwili, — żebym mogła znów kiedyś zobaczyć się z tobą na czas pewien. Czy ty również tego pragniesz?
— Tak, ale byłoby lepiej, gdybyś... gdybyś... strzeliła tam prosto... poniżej tego słupa.
Maisie przez chwilę spoglądała nań szeroko otwartemi oczyma. Byłże to ten chłopak, który nieledwie dziesięć dni temu przystrajał rogi Amommy wycinankami z papieru i włóczył tego brodacza, na ludzkie urągowisko, po ludnych i uczęszczanych drogach?. Potem opuściła oczy: — nie, to nie był już ten sam chłopak...
— Bądźże rozsądny! — rzekła tonem karcącym, poczem bystro rozejrzawszy się w sytuacji, uderzyła z innej strony. — Jakiś ty samolubny! Pomyśl sobie tylko, jakie byłoby moje uczucie, gdyby ta okropna broń cię zabiła. Już i tak jestem dość nieszczęśliwa.
— Czemu? czy dlatego, że rozstaniesz się z p. Jennett?
— Nie.
— A więc że pożegnasz się ze mną?
Przez dłuższy czas nie było odpowiedzi. Dick nie ośmielał się spoglądać na nią. Czuł, choć sam sobie z tego