Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/314

Ta strona została przepisana.

nieco poświętować. Gdy powracali, głos jakiegoś porucznika angielskiego zagadnął Dicka, kto on zacz i co tu porabia. Dick, idąc pod ramię z Jerzym i mając na czole niebieskie okulary, odpowiedział:
— Muły... z ramienia rządu egipskiego. Kazano mi je dostarczyć do A. C. G.[1] w Tanai-el-Hassan. Czy mam pokazać dokumenty?
— Ależ nie, to zbyteczne. Przepraszam pana. Nie mam prawa żądać ich od pana, ale ponieważ nigdy nie widziałem pańskiej twarzy...
— Dziś w nocy prawdopodobnie wyjadę pociągiem — rzekł Dick śmiało. — Chyba nie napotkam trudności w załadowaniu mułów?
— Stąd widać wagony przewozowe dla koni. Pan powinien je zawczasu załadować.
Młody poruczniczek oddalił się, zachodząc w głowę, kim mógł być ten pokraczny odludek, który mówił zpańska, a bratał się z greckim mulnikiem. Dick czuł się nieszczęśliwy. Utrzymanie się w kropce wobec oficera angielskiego jest czynem chwackim, ale wszelka intryga traci posmak, jeżeli trzeba odgrywać ją z głębin czarnej ciemności i tłuc się naoślep po wyboistych drogach, myśląc, coby to było, gdyby okoliczności złożyły się inaczej i gdyby wszystko możnaby uważać za niebyłe.

Jerzy, zjadłszy obiad w towarzystwie Dicka, odszedł do linji, gdzie stały muły. Człowiek powierzony jego pieczy, usiadł na rozpostartej płachcie i zakrył twarz rękoma. Przed jego zamkniętemi szczelnie oczyma pląsała twarz Maisie, z wargami rozchylonemi w uśmiechu. Dokoła niego panował wielki rwetes i wrzawa. Trwożył się coraz to więcej i omało co nie począł przywoływać Jerzego.

  1. Adjutantura korpusu.