Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/324

Ta strona została przepisana.

co żywo go przeciągnął, potykającego się i kulejącego, tuż obok skwaszonego wartownika, który był już nawykły do nagłego płoszenia się wielbłądów.
— Cóż to za hałasy? — zawołał tenże.
— Wszystkie moje łachy i graty znajdują na tym przeklętym dromedarze! — odpowiedział Dick gwarą prostego żołnierza.
— Idź-że sobie, a uważaj, ażeby ci tam nie poderżnięto gardła... i tobie i twojemu dromedarowi|!
Krzyki ustały, gdy wielbłąd zniknął za wzgórzem; wówczas poganiacz przywołał swe zwierzę i kazał mu przyklęknąć.
— Siadaj pierwszy — rzekł Dick, poczem gramoląc się na drugie siedzenie i z cicha wymierzając lufę rewolweru w krzyże swego towarzysza. — No, w imię Boże, ruszaj co żywo! Do widzenia, Jerzy! Pozdrów madame ode mnie i bądź szczęśliwy ze swą dziewczyną. Dalej w drogę, synu jaskini!
W parę minut później został objęty wielką ciszą, zaledwie przerywaną skrzypieniem siodła i lekkiem dreptaniem niestrudzonych nóg wierzchowca. Dick usadowił się wygodnie, odpowiednio do kołysania i chybotania się wielbłąda, zacisnął mocniej pas na sobie i wyczuwał rozpraszanie się ciemności. Przez godzinę zdawał sobie sprawę jedynie z uczucia gwałtownego pędu.
— Dobry wielbłąd! — ozwał się nakoniec.
— Nigdy go nie głodziłem. To moja bestyja i mojego chowu — odparł poganiacz.
— Jedź dalej! — naglił Dick.
Głowa opadła mu na piersi i próbował myśleć, ale wątek myśli przerywała mu senna ociężałość. W takie pół-drzemce utroił sobie, że uczy się na pamięć hymnu, zadanego mu za karę przez panią Jennett. Albowiem