Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/43

Ta strona została przepisana.

— Znalazłem tu malarza. Dobry i tani. Czy go przyjąć? Będzie ilustrował tekst.
Człowiek, siedzący na reducie, wymachiwał nogami i mruczał:
— Wiedziałem, że prędzej czy później nadejdzie sposobność. Jak Boga kocham, będą musieli się napocić, gdy wyjdę cało z tej fatygi.
Wieczorem Torpenhow mógł już oznajmić nowemu swemu przyjacielowi, że Centralna Ajencja Południowa zgodziła się przyjąć go na próbę, wypłacając mu pensję zgóry za trzy miesiące.
— A mimochodem zapytam, jak pańska godność? — dodał wkońcu.
— Heldar. A czy dają mi wolną rękę?
— Przyjęto pana na chybił-trafił. Pan winieneś dowieść trafności ich wyboru. Najlepiej, jeżeli pan będzie się mnie trzymał. Wybieram się wgłąb kraju wraz z kolumną wojska i uczynię dla pana, co tylko w mej mocy. Daj mi pan kilka szkiców, tu narysowanych, a ja je poślę, gdzie należy.
A sam do siebie w duchu mówił:
— Jest to chyba najlepsza umowa, jaką kiedykolwiek zawarła Centralna Ajencja Południowa! I tak mają mnie tu za psie pieniądze.
Tak doszło do tego, że po nabyciu pewnego zapasu koniny oraz po załatwieniu interesów natury finansowej lub politycznej Dick wyzwolił się w Sławetnym i Nowym Cechu korespondentów wojennych, którzy wszyscy posiadają niezaprzeczone prawo pracować, ile wlezie, i dostawać za to tyle, ile spodoba się Opatrzności lub ich zwierzchnikom; do tych przymiotów, o ile członek cechu był coś wart, dołączały się z czasem i inne, jak zdolność gładkiej wymowy (której, gdy chodzi o jadło