Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/55

Ta strona została przepisana.

bawiącego w Anglji, nadszedł tajemniczy telegraf o następującem brzmieniu.
— Powracaj czemprędzej: nabrałeś rozgłosu. Przyjeżdżaj.
Szeroki uśmiech rozjaśnił jego oblicze.
— Tak prędko! To dobra nowina! — rzekł do siebie. To-ci będzie stypa dziś w nocy! Teraz się waży mój los. Doprawdy w samą porę mi to przyszło!
Złożył połowę swej mamony w ręce dobrych swych znajomych, państwa Binat i zamówił co najwspanialszy taniec zanzibarski. Monsieur Binat właśnie doznawał pijackich drgawek, zato Madame uśmiechała się życzliwie.
— Monsieur zapewne życzy sobie krzesła i zapewne Monsieur zechce szkicować? Monsieur dziwnie się zabawia.
Binat podniósł siną twarz z ponad tapczana, stojącego w drugim pokoju.
— Rozumiem! — jął wywodzić. — My tu wszyscy znamy Monsieur. Monsieur jest artystą, jak i ja nim niegdyś byłem...
Dick skinął głową.
— A wkońcu — rzekł Binat z powagą — Monsieur pójdzie żywcem do piekła, jak ja już do niego zaszedłem! — i roześmiał się.
— Pan też musi przyjść na tańce, — powiedział Dick, — będę pana potrzebował.
— Mojej gęby? Wiedziałem, że tak będzie. Mojej gęby! Mój Boże! jakże okropne jest moje poniżenie! Nie chcę! Zabierzcie go precz! To czart wcielony! Albo przynajmniej zażądaj od niego więcej, Celestynko! — i wspaniały Binat zaczął wierzgać nogami i krzyczeć.