Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/69

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ IV.

 Czatował raz wilczaszek pod wieczór w zbóż łanie,
Gdy z ognisk dym wznosił się bury.
Wiedział, gdzie łania ściele swym młodym posłanie,
I ostrzył na zdobycz pazury...
Lecz księżyc kłęby dymów hen zniósł niespodzianie,
Więc wilczek, nad utratą wieczerzy się biesiąc,
Zbiegł, jak niepyszny, — szczekał na wschodzący miesiąc.
(W Seonee.)

No i jakże ci smakuje powodzenie? — zagadnął Torpenhow, w jakie trzy miesiące później. Dopiero parę chwil upłynęło, jak zawitał z powrotem do hotelu, po spędzeniu wakacyj na wsi.
— I owszem, — odparł Dick, siedząc przed sztalugami w pracowni i oblizując wargi. — Pragnę więcej... znacznie więcej. Lata chude przeminęły, a obecne tłuste czasy przypadają mi wielce do gustu.
— Bądź ostrożny, mój stary. Tą drogą możesz zajść do partactwa.
Torpenhow rozwalał się na leżaku, trzymając na piersi uśpionego foksterjerka, Dick zaś podmalowywał płótno. Podjum, draperja, stanowiąca tło, oraz manekin były tutaj jedynemi przedmiotami, mające mi określone przeznaczenie, a wznosiły się ponad rumowiskiem wszelakich rupieci, począwszy od manierek, zaszytych w pilśniowe pokrowce, rzemiennych pasów i godeł pułkowych, a skończywszy na niewielkim stosie znoszonych mundurów i na stojaku z najróżnorodniejszą bronią. Odciski zabłoconych stóp na podjum świadczyły, że przed chwilą wy-