Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/93

Ta strona została przepisana.

Oni nie wiedzą, czemu to przypisać, że tak szeroko otwarli oczy i usta, ale ja wiem. Wiem mianowicie, że mój obraz jest dobry.
— Tak. Ja to widzę. O, jakże to trudno dojść do czegoś takiego!
— Tak, dojść!... istotnie! Musiałem iść w świat, by tego poszukiwać. I cóż sądzisz?
— Nazywam to powodzeniem. Powiedz mi, jakeś się tego dobił.
Powrócili do parku, a Dick jął rozwijać legendę swoich przygód i czynów, z całą chełpliwością młodego mężczyzny, rozmawiającego z kobietą. Od samego początku opowieści przez cały wątek wspomnień wciąż tylko migało: ja — ja — i ja — tak jak się migają słupy telegraficzne przed oczyma podróżnego. Maisie słuchała i kiwała głową; dzieje osamotnienia Dicka i jego borykania się z losem nie wzruszały jej ani na włosek. Na końcu każdego epizodu dodawał konkluzję:
To zaś dało mi pewne wyobrażenie o stosowaniu kolorów —... albo też światła, czy też czemkolwiek była rzecz owa, którą zamierzał był wytropić i zrozumieć. Wodził ją bez wytchnienia po połowie świata, a mówił tak, jak jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mu się mówić. W tym przypływie wezbranej egzaltacji ogarniało go bezmierne pożądanie, ażeby porwać tę dziewczynę, co kiwała główką i odzywała się: „Rozumiem; mów dalej“... — porwać ją i unieść hen z sobą, jako że była to Maisie... i jako że ona rozumiała... i jako że ona prawnie doń należała, a była kobietą upragnioną nad wszystkie kobiety. Nagle, ni stąd ni zowąd, przerwał opowiadanie.
— Tak to zdobyłem wszystko, czegom żądał, — dopowiedział — a musiałem o to walczyć niemało. Teraz ty opowiadaj.