Strona:Rudyard Kipling - Światło które zagasło.djvu/94

Ta strona została przepisana.

Opowiadanie Maisie było niemal tak szare, jak jej sukienka. Zawierały się w niem lata cierpliwych, żmudnych mozołów, popartych jakąś dziką dumą, która nie dała się przełamać, chociaż handlarze obrazów stroili z niej drwiny, choć mgły odwlekały robotę, choć Karni był nieuprzejmy, niekiedy nawet i zjadliwy, a dziewczęta w innych pracowniach kłuły ją w oczy swą ogładą. Jaśniejszemu plamami w tej szarzyźnie wątku opowieści było przyjęcie tego lub owego obrazu na wystawę gdzieś w zapadłej prowincji, lecz całość zamknęła się — często już przedtem powtórzoną — śpiewką:
— Tak więc widzisz, Dicku, że mimo wytężonej pracy nie zdobyłam sobie powodzenia.
Wówczas litość przejęła serce Dicka. Zupełnie tak samo mówiła Maisie, gdy nie mogła trafić w groblę — na pół godziny przedtem, zanim go pocałowała. A było to jakby wczoraj.
— Nie martw się — odezwał się. — Powiem ci coś, byłeś mi tylko chciała uwierzyć. — Słowa płynęły same według własnego ładu i składu. — Cała ta rzecz, razem wzięta, nie jest warta jednego żółtego maku... tego co rósł, — taki wielki — nad morzem, koło fort Keeling.
Maisie nieco się zarumieniła.
— Dobrze ci tak mówić, ale tyś zdobywał powodzenie, a jam go nie miała.
— Pozwól więc, że ci coś powiem. Wiem, że zrozumiesz. Maisie, moja droga, brzmi to nieco niedorzecznie, ale te dziesięć lat wcale nie istniało, a ja znów jestem tu z powrotem. Doprawdy, jest zupełnie tak samo, jak wtedy. Czy tego nie widzisz? Ty jesteś teraz samotna i ja jestem samotny. Na cóż się martwić? Zamiast się trapić, pódź do mnie, moje kochanie.