Strona:Rudyard Kipling - Druga księga dżungli.djvu/86

Ta strona została skorygowana.

„Co tam po wiankach i kwiatach, gdy się musi szukać żywności na śmieciach?“ rzekł Szakal i począł się zapamiętale iskać, bacząc równocześnie z pod oka na ruchy „Ucieczki biednych“.
„Pewnie, ale śmieciska, na którem ja będę leżał, nie usypano dotychczas. Pięć razy widziałem już w mojem życiu, jak rzeka cofała od wioski fale i odsłaniała świeże lądy u stóp ulicy. Pięć razy widziałem, jak świeże na jej brzegach budowano chaty i jeszcze pięć razy to obaczę. Nie jestem niewiernym, zjadającym ryby Gawialem, nie ja to „dziś w Kasi, jutro w Prayag’u“, jak mówi przysłowie — nie! alem wiernym i stałym stróżem rzeki. Nie jest to bez powodu, moje dziecię, że wioska przybrała me miano, a przysłowie mówi, że „kto statecznie czeka, tego nagroda nie minie“.
„Ja czekałem tak długo, tak długo, prawie odkąd żyję, a doczekałem się tylko ran na skórze, uderzeń i pokąsań“.
„Ho! ho! ho!“ wrzasnął Adjutant.

— W sierpniu nasz Szakal rodzi się;
We wrześniu spadły deszcze!
„Takiej powodzi jak w te dnie“
— Rzekł — „nie pamiętam jeszcze!“

Adjutant podlega niekiedy dość niemiłym przypadłościom. Od czasu do czasu cierpi on na nerwowe skurcze w nogach, i chociaż wygląda bez porównania czcigodniej niż inne żórawie, które są zresztą wszystkie bardzo czcigodne, mimo to wszystko rozpoczyna toczyć szaleńczy obłąkany tan na powyginanych wiecznie nogach, przyczem rozwiera skrzydła do połowy i podrzuca łysą głową na dół i w górę; równocześnie zaś wśród skoków i podskoków wybucha najzłośliwszymi docinkami i obrzucaniami wszystkich. Po chwili uspokaja się, staje znowu w sztywnej nieruchomej postawie i wygląda dziesięć razy bardziej po adjutancku, niż przedtem.