Strona:Rudyard Kipling - Druga księga dżungli (tłum. Birkenmajer).djvu/265

Ta strona została skorygowana.

dam za drzewa, ale nie mogę go tam znaleźć. Wołam i nikt nie odpowiada, ale wydaje mi się, że ktoś nadsłuchuje i wstrzymuje się z odpowiedzią. Kładę się, ale nie zaznaję spoczynku. Urządzam harce wiosenne, ale i one nie mogą mnie uciszyć. Kąpię się, ale kąpiel ta mnie nie chłodzi. Brzydzę się łowami, ale nie mam odwagi walczyć, gdy nie poluję. Czerwone Kwiecie jarzy się w mym ciele, kości moje stały się jako woda... i sam nie wiem, czego mi trzeba.
— Co tu gadać? — rzekł Baloo zwolna, zwracając łeb w stronę Mowgliego. — Akela powiadał... tam nad rzeką... że Mowgli wygna Mowgliego z powrotem do ludzkiej gromady. Ja to też mówiłem... ale kto teraz słucha starego Baloo? Bagheera (gdzież ona się wałęsa w noc dzisiejszą?) również wie o tym. Takie jest prawo.
— I ja też-ż wiedziałem o tym, człowieczku, gdyś-ś-śmy się s-spotkali przy Chłodnych Legowiskach — rzekł Kaa, rozkręcając nieco swe potężne sploty. — Człowiek musi w końcu wrócić do ludzi, chociażby puszcza wcale go nie wypędzała.
Czwórka wilcząt poglądała to wzajem na siebie, to na Mowgliego, zmieszana i potulna jednocześnie.
— A więc dżungla mnie nie odpędza od siebie? — wyjąkał Mowgli.
Szary Brat i trzej jego bracia warknęli ze wściekłością i już zaczęli:
— Póki żyjemy, nikt nie odważy się...
Ale Baloo im przerwał, mówiąc:
— Ja uczyłem cię prawa, więc mnie teraz głos się należy... bo choć nie widzę nawet tych skał przed sobą, to jednak wzrok mój daleko sięga. Żabuchno moja, idź teraz własnym tropem... załóż sobie legowisko wśród własnych