Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/141

Ta strona została skorygowana.

jąc zawsze w porę dać drapaka, ilekroć ojciec jego wdał się w bijatykę z którymś z sąsiadów i gdy obaj przeciwnicy wśród straszliwego ryku tarzali się po oślizgłych skałach. Matka sama czyniła wyprawy na morze celem zdobycia żywności, więc bywało, że malec ledwie raz na dwa dni dostał coś do jedzenia; nic też dziwnego, że zawsze z wielkim apetytem rzucał się na jadło i nigdy w niem nie wybredzał.
Pierwszą rzeczą, jaką czynił dnia każdego, było czołganie się wgłąb lądu. Spotykał tam dziesiątki tysięcy rówieśników, młodych foczątek, które figlowały jak małe psiaki, wysypiały się na czyściuchnym piasku i znów brały się do figli. Stare focjusze, rezydujące na skałach, nie zwracały na swą dziatwę najmniejszej uwagi, a „chołostiaki“ miały własne boiska, przeto malcerja zabawiała się w najlepsze, jak jej się żywnie podobało.
Matka, wracając z wyprawy rybołówczej, udawała się zawsze wprost na to miejsce zabaw i pobekując, niby owca nawołująca jagniątko, czekała odzewu Kotika. Usłyszawszy głos swego dziecięcia, śpieszyła prościutko w jego kierunku, rozmiatając czterema płetwami na prawo i lewo i przewracając nawznak malców zastępujących jej drogę. Że zaś kilkaset matek w podobny sposób szukało swych dzieci, więc też panował ustawiczny ruch i rwetes pomiędzy malcerją. Atoli Matka zwykła mawiać Kotikowi:
— Póki nie będziesz wylegiwał się w brudnej wodzie i nie dostaniesz wrzodów, póki nie zagnoisz