Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/156

Ta strona została skorygowana.

Spokojnego; bywało, że przebywał po trzysta mil na dobę. Przygód miał tyle, że trudnoby je spisać na foczej skórze. Cudem uszedł przed żarłaczem rekinem, przed centkowaną rają i kuszą-młotem; spotkał mnóstwo podejrzanych łotrzyków, włóczących się po wszystkich morzach, jak niemniej i wiele poważnych, nader grzecznych ryb oraz nakrapianych purpurowo małży-przegrzebków, które wiekami siedzą w jednem miejscu i są z tego wielce dumne. Nigdzie jednak nie spotkał Krowy Morskiej ani też nie odnalazł wymarzonej wyspy.
Jeżeli udało mu się wyszukać brzeg wygodny do lądowania i mocny, z płaskocią nadającą się wybornie do foczych harców, zawsze na widnokręgu pojawiał się dym statku wielorybniczego, zalatujący tranem — a Kotik wiedział, czem ponadto pachnie rzecz taka. Na innych znów wyspach widywał ślady, świadczące, że niegdyś tu mieszkały foki, ale zostały wytępione przez ludzi — a Kotik wiedział, że gdzie raz pojawili się ludzie, tam napewno pojawią się i po raz drugi.
Nakoniec zetknął się ze starym kusoogoniastym albatrosem, który naopowiadał mu o wyspie Kerguelen jako istnym raju sielskiej ciszy i bezpieczeństwa. Kotik popłynął tam niezwłocznie, ale gdy dobijał do celu, porwała go ciężka gradowa burza, pełna grzmotów i błyskawic, i omało co nie roztrzaskała nieboraka o czarne rafy podwodne. Kiedy jednak dzięki wytrwałemu wiosłowaniu płetwami wyszedł cało z zawieruchy, przekonał się, że i tutaj kiedyś foki miały swe siedlisko.