Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/165

Ta strona została skorygowana.

ciach, a jeden z jego rówieśników odezwał się do niego:
— Wszystko to piękne i ładne, mój Kotiku, ale za wiele sobie pozwalasz, gdy przybywszy do nas z jakichś tam nikomu nieznanych stron, każesz, byśmy się stąd wynosili na inne miejsce. Pamiętaj, że myśmy tu walczyli o swoje siedlisko, na co ty nigdy się nie zdobyłeś. Wolałeś przez ten czas wałęsać się po morzach.
Śmiech gromki wybuchnął pomiędzy fokami na te słowa, a ów młokos począł wyzywająco przechylać łeb to w jedną to w drugą stronę. Właśnie tego lata był się ożenił, a to go usposabiało do wywoływania burd i awantur.
— Nie mam ochoty ani potrzeby walczyć o siedlisko — odparł Kotik. — Chcę tylko pokazać wam wszystkim miejsce, gdzie będziecie żyli bezpiecznie. Pocóż macie staczać bójki?
— O, jeżeli zamierzasz skapitulować przede mną, nie będę miał nic przeciw temu! — zaśmiał się złośliwie młody junak.
— A czy pójdziesz ze mną, gdy zwyciężę? — zapytał Kotik, a ślepia błysnęły mu zielonym blaskiem, bo sama myśl o walce już przejmowała go gniewem.
— I owszem — odpowiedział beztroskim głosem młody zelint. — O ile zwyciężysz, pójdę za tobą.
I nawet czasu mu nie stało na zmianę postanowienia, bo w tejże chwili Kotik wyrzucił wprzód głowę i zatopił kły w nabrzmiałej tranem szyi