Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/53

Ta strona została przepisana.

gotowe, podszedł drużba do muzykantów i prosił, by zagrali marsza weselnego. Obaj muzykanci ujęli skrzypce pod brody, ale na tem się skończyło. Był bowiem stary zwyczaj w Svartsjo, że najprzedniejszy muzykant rozpoczynał marsz weselny.
Drużba spojrzał na Larsa Larsona, jakby oczekiwał, żeby zaczął. Ale Lars Larson spojrzał na Jana Oestera i rzekł:
— Jan Oester musi zacząć.
Jan Oester nie mógł jednak pojąć, żeby ten drugi, który był tak świetnie ubrany, jak jaki znakomity pan, nie był niczem więcej od niego, ubranego w wyszarzały kabat, od niego, który przybył z nędznej chaty, z biedy i nędzy.
— Nie! Na miłość boską! — rzekł tylko. — Nie! Na miłość boską!
Widział, jak pan młody wyciągnął ramię, szturchnął Larsa Larsona i zawołał:
— Lars Larson niech zaczyna.
Kiedy Jan Oester to usłyszał, opuścił skrzypce i cofnął się krok w tył, Lars Larson nie ruszył się z miejsca, lecz spokojnie i kontent z siebie stał na swojem miejscu. Ale smyczka nie podniósł w górę.
— Jan Oester niech zaczyna — powtórzył.
Słowa te wypowiedział uparcie i twardo, jak ktoś, kto przywykł swoją wolę przeprowadzać.
W orszaku weselnym powstał niepokój przez