Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/70

Ta strona została przepisana.

ustał i ulica zupełnie opustoszała. Znajdowała się w odległej części miasta, gdzie latarnie gazowe oświetlały ulicę zbyt skąpo, tak, że było niemal ciemno. Szła jednak dzielnie naprzód. Czuła w sobie wielkie wyświęcenie i była też przekonaną, że uczyniła coś, co wielu ludzi uszczęśliwi.
Kiedy tak szła ulicą, opanowało ją naraz wrażenie, że nad jej głową krąży jakaś istota żyjąca.
Przystanęła i spojrzała w górę. W ciemności między wysokimi domami zdawało się jej, że spostrzega parę ogromnych skrzydeł i że nawet słyszy ich szum.
— Co to jest — powiedziała. — Przecież to nie może być ptak żaden, to za wielkie.
Następnie zdawało jej się, że spostrzega twarz, tak białą, że przeświecała w ciemnościach. Opanowała ją niewymowna trwoga.
— To jest anioł śmierci, który nademną się unosi, — pomyślała. — Och, cóż uczyniłam! Oddałam się władzy straszliwego!
Poczęła biedź, ale wciąż jeszcze słyszała szum potężnych skrzydeł i była przekonaną, że śmierć dąży za nią.
Trwało to przez kilka ulic. Zdawało się jej, że śmierć jest coraz bliżej. Już czuła jej skrzydła na ramionach.
Nagle uczuła, jak coś ciężkiego i ostrego ude-