Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/89

Ta strona została przepisana.


Siostra Oliwia była zrozpaczona. Czemuż nie przejęła się tą swoją rolą, czemu była tak zimną, czemu nic nie czuła? Jak mogła tak nienaturalnie deklamować? Czyż nie była artystką? Czuła się niemal w możności siebie samą wygwizdać. Miała przecież tego Hernaniego kochać. Ale jej spojrzeniom, gdy na nim spoczywały, brakło zupełnie ognia. Ach, czyż to ma być donna Sol? — myślała, idąc ciężko i niezgrabnie przez scenę.
Ale Oliwia była bardzo łubianą i nie odniosła żadnej szkody wskutek swej porażki. Było to bardzo pięknie, że tak krytyka, jak i publiczność wstrzymali się zupełnie od omawiania jej fiaska i starali się tylko jak najprędzej zapomnieć. Daremnie przerzucała siostra Oliwia nazajutrz pisma, aby przeczytać krytykę o swym występie. Zupełnie o nim nie wspomniano.
Wzruszyło ją to, ale równocześnie strach ją ogarnął ogromny.
— Czyż byłam tak straszną — myślała — czyż byłam taka, że nie ważą się nawet pisać o mnie?
Przed południem złożył jej wizytę dyrektor. Nie przemilczał on tego, co się stało, ale tłómaczył i wyjaśniał sprawę jak lekarz, który analizuje jakąś chorobę.
— Czekała pani za długo i wyczekiwała pani ze zbyt wielkiem napięciem. To pozbawiło panią