Strona:Skrypt Fleminga II.djvu/105

Ta strona została skorygowana.

i Kyau’na — odparł Fleming szydersko. — Idźcież się jéj pokłonić.
To mówiąc, usiłował wynijść; ale maska mu zastąpiła drogę, zdając się miéć upodobanie w tém dręczeniu.
— Pójdę z pokłonem pewnie — rzekła. — Najgłupszych ludzi lekceważyć się nie godzi, na dworze szczególniéj, gdzie prędzéj późniéj rozum staje się niewygodnym i niebezpiecznym, a głupota najlepiéj służy. Aleś ty téż rozumu nie miał wiele, więcéj szczęścia. I to cię dziś opuściło! Biédny abbate Fiamingo!
— Na wszystko się zgadzam, maseczko moja — zawołał Fleming zniecierpliwiony — na wszystko, tylko wypuśćcie mnie z téj niewoli.
— Nie wspominajcie złego słowa — żywo dodała maska, ciągle mu zastępując drogę. — Nie siedzicie jeszcze w Koenigsteinie, jak Bejchlingen; ale co się zdarzyło kanclerzowi, może spotkać i feldmarszałka, pardon! chciałam powiedziéć abbata.
Rozśmiała się szydersko i naostatek, uląkłszy się groźnego ruchu, pierzchnęła.
Nieodstępny towarzysz i przyjaciel Fleminga, pułkownik Bielcke, który szukał go niespokojny, przypadł w téj chwili.
— Kto jest ta maska? — zawołał zmęczony i podrażniony feldmarszałek — chcę wiedziéć, kto ona?
Bielcke podbiegł, usiłując dojrzéć; lecz bardzo zręcznie, jakby się obawiała być ściganą, za galeryą wśród ścisku zniknęła. Pułkownik zaręczał, że nie miał pojęcia kto to być mógł, choć może się domyślił w niéj Glasenappowéj, któréj, jako dawny adorator, zdradzać i na zemstę wystawiać nie chciał.