Strona:Skrypt Fleminga II.djvu/173

Ta strona została skorygowana.

ne; w piérwszéj izbie gwar i gorąco nieznośne. Samo pospolite ruszenie i ciury obsiadły stół i ogórki; w drugiéj izbie zgromadzeni byli honoratiores na radę. Tu niemal sejmowano.
Podkomorzy, obaczywszy Serwacego, obie ręce rozpostarł, wyciągając je ku niemu. Ucieszył się nim niezmiernie.
— Niech cię uścisnę, bohatérze! (Tak go zwał od czasu sprawy z Minkiewiczem.) Niech cię kaczki zdepczą, jaką mu dałeś pamiątkę! A dobrze mu tak, niech honoru nie tyka!
I śmiał się, ściskając go.
— Widzisz — dodał — przyszła kréska na Matyska. Na kolana padałem przed ichmościami: Uwolnijcie! na rany Chrystusowe! Nie pomogło... i oto w sejmie gardłuję!
To mówiąc, wprowadził go do drugiéj izby, pod rękę ująwszy.
Tu wódka stała taż sama, ale we flaszkach szlifowanych, a do ogórków, dla przekąski, dodane były dla wykwintniejszych podniebień wędzona kiełbasa i jaja twarde. Ten i ów, o miskę otłukując jaja, w soli je maczał i zajadał chciwie, a rozmowa szła swoją drogą, choć usta pełne były.
Za stołem siedział wąsaty i pucołowaty cześnik Korbutowicz, szlachcic oszmiański, kawał prawnika, ze swadą wielką. Ten rej wiódł i mówił sam prawie. A mówił jako człowiek, który wié że go słuchać muszą, bo umié rzecz zaakomodować. Oczyma bystremi ścigał po twarzach wrażenie swych słów, niekiedy sam ukazując wyrazem fizyognomii, jakie chciał uczynić na słuchaczach. Więc to się śmiał, to marszczył, to oburzał, a posłuszni wielbiciele cześnika naśladowali wiernie każdą wskazaną przezeń mimikę.