Strona:Skrypt Fleminga II.djvu/86

Ta strona została skorygowana.

cia talérz jeden doda więcéj; musisz obiad z nami zjeść, jaki Bóg dał, to nic nie pomoże.
Serwuś już w sionce nadzwyczaj czule pannę Domicellę pocałował w rękę. Dziéwczę miało łzy w oczach.
Wyszła naprzeciw niego i stara pani, którą, choć siwą jak on, mąż dotąd swoją Kaśką nazywał. Wszyscy gościa otoczyli kołem, radując mu się z prostotą ludzi szczérych i nieumiejących kłamać, ani kryć, co czuli.
— Bodaj cię, bodaj, panie Serwacy — począł woźny, nie puszczając z rąk flaszeczki. Cośmy się tu o was nakłopotali! Minkiewicz słyszę żyw, ale mu się w głowie pomieszało, czy coś! Po co to było z nim zadziérać? Oj ta młodość, ta młodość!
— A ty to innym byłeś za młodu? — wtrąciła siwa Kasia. — Żeby nie to, że się na urząd dostałeś, gdzie już trzeba było statkować, ho! ho!
Domcia wśród tej rozmowy robiła miejsce dla gościa, ustawiała talérze, coraz to z pod oka spoglądając na pana Serwacego, który téż nie mógł się wstrzymać, żeby ku niéj nie polatywać oczyma.
Nawykły był do niewiast wcale innych z wielkiego świata, lub z tego co się starał niezgrabnie ów wielki naśladować. Wyjąwszy panią podskarbinę, którą wenerował, i panią Spieglową, nad którą miał politowanie, wszystko, co podówczas w Dreznie na widoku było, najswywolniejszego życia nie kryło. Przykład płynął zgóry i dociskał się do najniższych warstw społeczeństwa. Budziło to wstręt i odrazę w panu Serwacym.
Te ładne uśmiéchy, ufarbowane lica, zaloty powszechne a płoche, przeniewierstwa nieustanne, zniechęcały go do kobiét wogóle.