Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Grzesznica.djvu/108

Ta strona została uwierzytelniona.

— A to nie nagroda...
Czerwone, zmysłowe usta grzesznicy, pierwsze zbliżyły się do ust Otockiego...
— Całuj...
Obecnie Otockiego nie należało długo uwodzić. Wiodąc Verę do sypialni, aby pokazać torebkę i on miał swoje ukryte zamiary.
Porwał ją w ramiona, jak dziecko podniósł do góry... i...
Nie stawiała najlżejszego oporu, przymknęła tylko oczy, rzekłbyś leżała bezsilna.
A gdy w chwilę później przebiegał pocałunkami wzdłuż jej ciała, niczem oszalały, po szyji i pięknych nóżkach — w jej główce wirowała myśl:
— Walizka... jest... tam obok...
Ale Vera była przecież kobietą... I ją stopniowo ogarniał zmysłowy szał. Drgnęła pod wpływem namiętnej pieszczoty... Ta pieszczota była paląca, jak ogień... Poczęła również namiętnie, a wyrafinowanie, odwzajemniać pocałunki...

— Kochanku mój — szeptała nieco później, wsparta ramieniem o poduszkę i patrząc na Otockiego — zdobyłeś mnie... zwyciężyłeś... jam twoja...
Otocki z nadmiaru rozkoszy czuł się wewnątrz całkowicie pusty. Cała przygoda wydawała mu się jakimś fantastycznym snem. Pragnął tak spoczywać, nie myśląc o niczem...

— Jam twoja — mówiła dalej cicho — bo zaimponować mi można rozumem, ale utrzymać tylko zmysłami... Czy zawsze posiadać pragniesz Verę?

102