Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Grzesznica.djvu/93

Ta strona została uwierzytelniona.

Długo jeszcze uspakajałby może Otocki samego siebie przeróżnemi postanowieniami, gdyby nie zabrzmiał dzwonek u wejścia.
Pospieszył otworzyć... i mało nie krzyknął.
Na progu stała pani Vera — uśmiechnięta — a rzekłbyś łuna biła od niej.
— Dama w szkarłacie...
Istotnie zarówno suknia pięknej pani, jako też jej kapelusik były purpurowego koloru, wiśniowe pantofelki zdobiły zgrabne nóżki, a całość zakańczał dostosowany do tualety bukiet róż, jaki trzymała w swej rączce.
— Dama w szkarłacie! — zabrzmiał srebrzysty jej śmiech — albo krwawy demon! Jak pan woli, szanowny autorze! Sądzę jednak, że nadal nie zechce mnie pan trzymać na schodach, otrząśnie się ze zdumienia i zaprosi do swych apartamentów...
Otocki roześmiał się również.
— Zamieniłem się z podziwu w kamienny słup! W rzeczy samej przypomina pani płomienistego demona, ale wygląda pani w tej szacie cudownie...
— Wiem o tem i przywdziewam ten djabelski strój, gdy pragnę kogoś uwieść i jak szatan prawdziwy, zdobyć jego duszę...
Teraz znajdowali się już w gabineciku. Pani Vera rozejrzawszy się ciekawie dokoła, podeszła do biurka i rzuciła nań niedbale kwiaty...
— To mój dar dla pana!... Czerwone róże... aby przypominały „grzesznicę o krwawych ustach“... Słyszał pan o mojem przezwisku?...

Skinął lekko głową.

87