Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Grzesznica.djvu/94

Ta strona została uwierzytelniona.

— Przezwisko groźne? Prawda? Ale zapewniam, w życiu jestem daleko mniej niebezpieczna, niźli w legendzie... Może pan się mnie nie obawiać!...
— Ależ... — zaprotestował — Czyż mógłbym się obawiać równie uroczej istoty, jak pani!
— To świetnie... Gdy pozna pan mnie lepiej, sądzę zostaniemy wielkiemi przyjaciółmi...
— Nie wątpię...
Wykrzyknik nie zabrzmiał tak gorąco, jakby w podobnej okoliczności zabrzmieć był powinien. Pani Vera nie zwróciła jednak na ten szczegół uwagi, a zbliżywszy się do otomany, zajęła na niej wygodnie miejsce — bodaj to samo, które ongiś zajmowała tajemnicza nieznajoma.
On tymczasem, w milczeniu, spełniał obowiązki uprzejmego gospodarza. Przysunął niewielki stoliczek z owocami, ciastkami i baterją butelek — zapalił płomień pod maszynką z czarną kawą, ustawiał kieliszki i filiżanki.
— Widzę, przygotował się pan na moje przyjęcie — zawołała — bardzo to ładnie z pańskiej strony, choć poco tyle kłopotu! Za ciastka, słodycze pięknie dziękuję... Kieliszek koniaku, lub likieru wypiję chętnie... Lepiej się przy koniaku gawędzi... A przedewszystkiem papierosa, prędko papierosa...

Gdy parokrotnie zaciągnęła się dymem i lekko umoczyła usta w złocistym Martel‘u — wzrok jej spoczął nieco ironicznie na Otockim.

88