Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Grzesznica.djvu/96

Ta strona została uwierzytelniona.

nie mogło uchodzić za zachwyt. W duszy poprzysięgał sobie nie patrzeć na kusicielkę — ale przychodziło mu to z wielkim trudem. Wprawdzie skierował zwrok do dołu — lecz mała była z tego pociecha — bo choć nie widział twarzy, obserwował ruchy, poruszającego się niedbale, ponętnego, wiśniowego pantofelka.
Tymczasem urocza grzesznica mówiła:
— Czemu tak się stało? Czemu pragnęłam poznać pana? Bo szukam kogoś, kogo mogłabym pokochać i do niego się przywiązać... Życie moje jest takie smutne i szare...
— Ale przecież masz „narzeczonego“! — o mało nie zawołał Otocki.
Vera, jakby odgadła tę myśl.
— Niby jestem związana ze Stratyńskim... Ale... zbliżył się on do mnie w pewnej chwili mojego życia, kiedy naprawdę byłam bardzo sama i bardzo mi potrzeba było opieki... Okazał wiele przywiązania i serca... Myślałam, że i ja z kolei do niego się przywiążę i za serce, odpłacę mu sercem... Niestety...
— Niestety? — powtórzył mimowolnie, gdyż poczynały go „brać“ nie tylko ruchy wiśniowego pantofelka, ale i wyznanie pięknej pani, wypowiedziane głosem, w którym, zda się, dźwięczał smutek i ból...

— Może tylko być mi ojcem! — zadźwięczała skarga — Ja czegoś więcej pragnę!... Jeśli należę do kogoś... to należę cała... Nikogo oszukiwać nie lubię. Wszystko, lub nic...

90