Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Grzesznica.djvu/97

Ta strona została uwierzytelniona.

Otocki drgnął. Czyż Vera rozmawia z nim szcze rze i ma względem niego poważniejsze zamiary? Ciekawe...
Spojrzał na nią — i tu poczęła się jego zguba. Oderwać już nie mógł oczu od tej zmysłowej twarzy, od tych czerwonych, jak leśne maliny ust, które niby z cierpieniem wypowiadały znamienne słowa... A w słowach tych dopatrzyłby się wielu luk i niedomówień, mogących natchnąć nieufnością.
— Czemu siedzisz tak daleko? — nagle wyszeptała, przechodząc na poufalszy ton.
Czemu siedzi tak daleko...
Drgnął i odniósł wrażenie, że wzdłuż ciała przebiegł prąd elektryczny.
Nowa zachęta... a ona...
Ona tymczasem zsunęła z główki mały kapelusik i gestem niedbałym rzuciła go na stojące obok kanapy krzesełko. Poczem, zmieniając dotychczasową pozę — wyciągnęła się na otomanie — rozmarzona i kusząca...
— Nie gniewasz się chyba na mnie — jakby zdala dobiegał jej głos — że zachowuję się tak swobodnie i że w ten sposób odzywam się do ciebie...
— Ja miałbym się gniewać... — wzrok jego wpijał się teraz w odsłoniętą prawie całkowicie z pod sukienki nóżkę...

— Ale przypominasz mi kogoś, kto dużą w mojem życiu odegrał rolę... i kogo bardzo kochałam. Niestety tamto dawno umarło... Pozostały wspomnienia... A czasem przyjemnie jest wywołać miraż prze-

91