Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Grzesznica.djvu/99

Ta strona została uwierzytelniona.

— O tak... tak... jeszcze bliżej... jak on.. przysuń się do mnie...
— Droga Vero — bełkotał już obecnie, czując, że drży cały, a z podniecenia zasycha mu w gardle — czy naprawdę mnie odwiedzać zamierzasz...
— To będzie zależało od ciebie...
— Odemnie...
— Tak...
Przymknęła oczy — lecz natomiast rozchyliły się jej wargi... Wilgotne, zmysłowe, czerwone, wyzywające usta...
Rozchyliły się, nęcąc do pocałunku...
Nie wytrzymał...
— A... a... a.. — wyrwał mu się stłumiony okrzyk z gardła i drapieżnie wżarł się w te wargi.
Vera snać przygotowana była na tę pieszczotę. Przygotowana — bo wywołała ją sama. Nie uchyliła ust, ani nie cofnęła główki. Lecz przeciwnie, wciąż trzymając oczy zamknięte, a wyprężywszy się całem ciałem, nagle otoczyła mocno rękoma jego szyję, namiętnie odwzajemniając pocałunek...
Długą chwilę trwali tak złączeni... aż wydało mu się, że wszystko wiruje dokoła i że bólem go przejęło to mocne i wyrafinowane zetknięcie...
Nagle ramiona Very opadły... leżała blada, bezsilna...
Otocki pobiegł zgłodniałemi ustami wzdłuż szyji i piersi, rwąc, oszalały, szkarłatną sukienkę...
Gdy wtem...

Wtem zabrzmiał dzwonek... przeciągły dzwonek telefonicznego aparatu.

93