Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Karjera panny Mańki.djvu/195

Ta strona została uwierzytelniona.

materjał na pierwszorzędnego wywiadowcę, zadanie przerastało jego siły.
— Łeb sobie złamać można! A Mańki to ja wcale nie widywałem... Ten jej opiekun to nie chciał, żeby ani ja... ani Lucka... tamuj do niej chodzili... Zły byłem nawet trochę na dziewuchę, że na taki przystała warunek. Ale cóż myślę, dla karjery!... A czy te dranie ją chyciły?...
— Otóż to właśnie!... Właśnie o to chodzi, czy niespodziewane zniknięcie panny Mary ma jaką łączność z poprzedniemi wypadkami, czy też łączności niema? Może chciano ją usunąć jako niewygodnego świadka?
Wawrzon tarł w zamyśleniu czoło.
— Głupi tu jezdem... Ja se kombinuje... trzeba poczekać!... Sama wróci szwagierka...
Tyle i bez niego wiedział Den. Tyczasem Wawrzon, snać na rozjaśnienie myśli, trąciwszy się energicznie z Hipciem, kropnął wielki kieliszek koniaku. Poczem jął snuć ogólne rozważania na temat uprowadzeń i chytrości przestępców. Niestety nie mówił nic takiego coby zasługiwało na uwagę, lub mogło choć nieco rozświetlić sprawę obchodzącą detektywa. Znać było że Balas zaszczycony zaufaniem łamie sobie głowę aby dopomóc detektywowi radą, ale żadna odpowiednia rada nie przychodzi mu na myśl... Raz po raz tylko wychylał nowe „kielunki” w czem mu dzielnie sekundował Hipcio — bo naturę miał już Wawrzon taką, że skoro zaczął pić, pił dalej — a pod surowem okiem pani Lucki rzadko zdarzała mu się podobna gratka.
Den wreszcie zniecierpliwiony tą czczą gadaniną i widząc, że rozmowa zbacza na mało go interesujące tory — postanowił odejść.

Ponieważ październikowy deszczyk, uczyniwszy

189