Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Karjera panny Mańki.djvu/58

Ta strona została uwierzytelniona.

bierali obecnie tę oficjalną formę, nie wiedząc jeszcze w jakie ramy swój wzajemny stosunek ułożyć.
Mańka szeptem mówiła dalej:
— Proszę mnie odwiedzić.
— Kiedy?
— Choćby jutro, zrana...
— Czy można? A nuż będzie zazdrosny?...
— Nie dowie sie! Rano nigdy nie bywa, a służącą wyprawię...
— Więc o której?
— Choćby koło południa! Będę oczek...
Mańka również urwała, nie dokończywszy zdania, bo już podchodził do stolika opiekun wraz z owym pociesznym grubasem. Zauważyła poprzednio, że dżentelmen ten nic okazywał wielkiej chęci połączenia się z ich towarzystwem, dopóki wzrok jego nie padł na nią. Wtedy dopiero bardziej jeszcze rozpromienił swe wesołe oblicze i pobiegł przodem w tę stronę, kołysząc się zabawnie na krótkich nóżkach.
— To musi być kobieciarz! — zauważyła w duchu, rozumiejąc, iż jej obecność wpłynęła na tę raptowną decyzję.
Tymcasem Doriałowicz wymienił nazwisko:
— Pan Welesz!
Welesz z gracją młodego niedźwiedzia ucałował paluszki Mary, uprzejmie uściskał dłoń Korskiego, poczem chytrze podmignąwszy okiem, zajął obok dziewczyny miejsce, opróżnione przez dyrektora, zanim ten zdążył go uprzedzić.
— Kto opuszcza towarzystwo dam, traci swoje prawa! — oświadczył i roześmiał się głośno rad ze swego dowcipu.

— Ależ proszę bardzo... gościowi należy się pierwszeństwo! — odparł Doriałowicz na żart żartem.

52