Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Marja Wisnowska. W więzach tragicznej miłości.djvu/55

Ta strona została skorygowana.

nóg zmiatać będę, u stóp pełzać, niby wierny pies! O, nie odtrącaj mnie tylko od siebie... Jam taki biedny, biedny... skarżył się teraz cicho.
Wisnowska miała bardzo dobre serce i stale się rządziła pierwszym impulsem. Łzy młodego chłopaka w huzarskim mundurze, który żebrał o jedno słówko litości, wzruszyły ją niepomiernie. Wszak przez nią cierpiał, przez nią gotów był wyrzec się wszystkiego, wszystko poświęcić, podczas gdy ona żarty sobie robi i bawi się nim, niczem lalką... Naprawdę jestem niedobra — pomyślała pod wpływem serdecznego odruchu — jego nie można stąd tak wypuścić, trzeba go jakoś pocieszyć...
— Ale któż mówi, panie Sasza — rzekła — że pragnę go odtrącić od siebie... Wszak możemy się widywać, jako dobrzy przyjaciele...
— Pani pozwala mi się nadal widywać? — wykrzyknął z błyskiem radości w oczach Bartenjew.
— Naturalnie! Proszę więc wstać, nie wypada kornetowi tarzać się po podłodze... a następnie... proszę odwiedzać mnie, jak przedtem...
— Doprawdy?
— Tak! Nie rozumiem czemu rozchwiane, z winy rodziców, projekty małżeńskie miałyby zepsuć nasze stosunki... Tylko jedno zastrzeżenie.
— Zastrzeżenie? — powtórzył huzar, który stał teraz wyprężony przed artystką.