Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/139

Ta strona została uwierzytelniona.

— Trudno! — pomyślał z niesmakiem. — Kto począł brnąć, musi brnąć do końca!
Przypadł do niej i począł jej rączki obsypywać pocałunkami, czego mu nie broniła wcale.
— Moja ty najdroższa...
Wtem panienka cofnęła się nieco, a jej wzrok z powagą legł na Szreckim.
— Trochę byłam na to przyszykowana — wyrzekła powoli — gdyż Tamara... Ale w każdym razie, jeszcze uwierzyć nie mogę, żeby ktoś mógł zająć się poważnie, tak niepozorną, jak ja istotą...
— Uwierz...
— Bo, widzisz, Bobie... ja to co innego... Właściwie nie mam nikogo na świecie... Matka umarła dawno, a ojciec — tu głos jej stłumiły łzy — ojciec też, tak jak nie żyje... Tamara okazuje mi wiele serca, ale nie mogę jej być ciężarem... Pragnęłam więc bardzo przywiązać się do kogoś, poświęcić mu swoje życie, otrzymać wzamian choć odrobinę ciepła... Bo bardzo byłam biedna dotąd, Bobie... Rozumiesz?
— Rozumiem? — powtórzył głucho.
Ona jakby chcąc przed nim rozerwać całkowicie swą maleńką, stęsknioną, przywiązaną duszyczkę, dalej tłomaczyła:
— Dawno marzyłam, żeby napotkać towarzysza, który choć odrobinę polubiłby mnie... Takiego dobrego i trochę sentymentalnego, jak nią jestem i ja sama... Nienawidzę mężczyzn szorstkich i brutalnych... Ujrzałam ciebie... i wtedy... Zauważyłam, że nie jestem ci obojętną... i że ty musisz być bardzo kochany i dobry... Zresztą, Tamara nie przedstawi-

133