Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/152

Ta strona została uwierzytelniona.

ne, że uda się uniknąć tej ostateczności. Później? Potem ucieknie zagranicę z Tamarą i wszystko się ułoży, jak w bajce. Przy boku ukochanej kobiety zdobędzie sławę, będą szczęśliwi.
Na samo to wspomnienie, duma niewymowna rozsadzała piersi malarza.
— Tamaro! — szeptał — Nie zasłużyłem na podobny los! Czem ci się odwdzięczę! Znasz mnie tak mało, a obdarzasz bezgranicznem zaufaniem! Nie zawiedziesz się na mnie!
Właściwie powinien był w duchu zapytać się malarz, czy zna Orzelską i co naprawdę wie o niej. Lecz jest właściwością zakochanych, że z powierzchownych pozorów, wytwarzają obraz taki, jakim chcieliby go widzieć nie zaś odpowiadający rzeczywistości, niepomni na wszelkie ostrzeżenia...
Pochłonięty całkowicie swą miłością, Krzesz nie zamierzał poszukiwać panny Marty, ani też ustalać, czemu nie pojawiła się na powtórny seans. Poczynione za pierwszym razem szkice, wystarczyły od biedy, aby wykończyć rozpoczęty obstalunek dla wydawniczej firmy. A panna Marta? Wolał jej nawet nie widzieć. Bo, jeśli w rozmowie znów miały paść jakieś nieuchwytne insynuacje w stosunku do osoby Tamary — sprawiłoby to mu przykrość niewypowiedzianą i nie ręczył za siebie, czy nie wybuchnąłby gniewem.
Tak upłynęło parę dni.
Krzesz, zamknięty w swej pracowni, odciął się jakby od świata, oczekując niecierpliwie wizyty Orzelskiej, prawie nie wychodząc z domu i nie widu-

146