Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/157

Ta strona została uwierzytelniona.

pokój o dalszy przebieg wypadków — a dystyngowany i zimny, jak lód, baron Raźnia — Raźniewski, tylko monosylabami dopomagał pani domu do podtrzymywania ogólnej konwersacji.
Dopiero pod wpływem licznych, a znakomitych trunków, nastrój nieco się ożywił. Wychylono z wielkiem przejęciem toast za pomyślność narzeczonych, później na cześć pani hrabiny a wreszcie „zdrowie“ nieobecnego hrabiego. Szampan zrobił swoje. Nawet statyści rozruszali się, a „rejent“ jął opowiadać przedpotopowe anegdoty.
W innych więc zupełnie humorach, niźli zasiadano do stołu, przeszło towarzystwo z powrotem do salonu, na czarną kawę i likiery. Tam wytworzyły się dwie grupy. Jedna większa, złożona z Tamary, barona, malarza i trzech panów... statystów, oraz mniejsza — li tylko z Zosieńki i Boba, którzy niby umyślnie, zajęli miejsca na uboczu. Dwaj „krewni“ rzucili nawet na samotną parę rozrzewnione spojrzenia, bowiem jest w porządku rzeczy, że narzeczeni publicznie dają dowody wzajemnej czułości.
Lecz, jeśli Zosieńką powodowały te względy i chęć zamienienia, bez świadków, kilku serdeczniejszych słów, z Szareckim — on także oddzielił się od reszty zebranych świadomie i nie unikał sam na sam z panienką. Bob od dwóch dni przemyślał wiele, a jak każda natura słaba, nie śmiąc stanąć przeciw Tamarze do otwartej walki, sądził, że w inny sposób da się uniknąć niebezpieczeństwa.
— Panno Zofjo! — począł.
Niebieskie oczęta spoczęły na narzeczonym z niekłamanem zdumieniem.

151