Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/158

Ta strona została uwierzytelniona.

— Czemuż przemawiasz tak oficjalnie, Bobie? — odparła cicho z wymówką — Czyż nie jesteśmy zaręczeni, czy nasz ślub nie ma się odbyć za dwa tygodnie? Sprawiłeś mi przykrość... Wogóle jesteś dziś nieswój, zmieszany... Cóż to za ważna sprawa, o której wspomniałeś?
— Zosieńko! — rzekł, przymuszając się do tej poufałości. — Znalazłem się, naprawdę, w wielkiej duchowej rozterce...
— Duchowej rozterce?
Zdobył się na odwagę i niespodziewanie wypalił.
— Doszedłem do przekonania, żem nie wart ciebie! Powinniśmy zerwać, póki czas...
Zosieńka zapłoniła się gwałtownie, a w jej oczach, rzekłbyś, zaszkliły się łzy.
— Teraz mi to mówisz? — pełne bólu westchnienie wybiegło z piersi — Teraz? Gdy kilkanaście minut temu wychylono toast za naszą przyszłość?
— Lepiej późno się cofnąć, niźli unieszczęśliwić na całe życie. Proszę cię tylko bardzo, żeby nasza rozmowa pozostała dla Tamary tajemnicą! A jeśli mi się uda cię przekonać, że nasz związek nie zapewni nam szczęścia, musisz udać, że postanowienie zerwania wyszło właśnie od ciebie...
— Ty chcesz mieć tajemnicę przed Tamarą! Dążysz za wszelką cenę do zerwania, Bobie! Znamy się krótko, ale naprawdę mam wrażenie, że byłabym zdolna cię silnie pokochać... Zaklinam, powiedz, co to wszystko znaczy...
Och, ileż dałby za to, żeby móc jej wyznać ca-

152