Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/19

Ta strona została uwierzytelniona.

go do miejsca. Płomienny wzrok pięknej pani przeszywał Krzesza na wskroś, budząc dziwne dreszcze. Czyż nigdy nie miał ujrzeć jej więcej?
— Gdyby... gdyby... — jął bełkotać.
— Co, gdyby?
— Gdyby pani hrabina zezwoliła... — malarza przywykłego dotychczas do towarzystwa modelek i łatwych zdobyczy miłosnych, onieśmielała ta dama z wielkiego świata... Gdyby zezwoliła, to zaproponowałbym za moją niedelikatność i porywczość, mały rewanż...
— Rewanż — zdziwienie odbiło się w jej głosie.
— No... nie rewanż! — plątał się co raz bardziej. — A wielki zaszczyt dla mnie! Pragnąłbym namalować pani portret!
— Ach, namalować mój portret! — roześmiała się nagle. — Iluż o to ubiegało się artystów! I prawie wszystkim odmawiałam...
— W takim razie... Nie śmiem nalegać... — Krzesz zmieszał się ostatecznie.
Ona tymczasem przyglądała mu się uważnie, jakby go taksując ze wszystkich stron. Jej wzrok ślizgał się po wysokiej i zgrabnej figurze malarza, po jego oryginalnej, choć o nieprawidłowych rysach twarzy, po szerokich barkach i muskularnych ramionach. Krzesz uchodził za bardzo przystojnego chłopaka, a wygolone całkowicie oblicze i nieco dłuższa od zwykłych, puszysta blond czupryna, nadawały mu oryginalny i artystyczny charakter. Snać ocena wypaść musiała przychylnie, bo po chwili, w głębi ocz Orzelskiej zagrały jakieś nieokreślone ogniki i zmienionym głosem wyrzekła:

13