Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/192

Ta strona została uwierzytelniona.

cie i zepsuła znakomicie ułożony plan. Toć Krzesz zakneblował paralityka tak, że ten napewno musiałby się udusić. A teraz? Daremnie starała się odnaleźć flaszkę. Nie było jej, bo rozprysła się o ścianę, gdy chory jął butelkami ciskać w malarza. Sam, zresztą jej to wyjaśnił.
— Rzuciłem w tego bandytę... — wybełkotał — Tej... butelki szukasz? Nie trzeba. I tak zasnę.
— I tak zaśniesz? — wymówiła z powątpiewaniem.
— Napewno! — zawołała Zosieńka — Teraz ojcu niepotrzebne lekarstwo! Och, jakam szczęśliwa, a wizyta pana Krzesza oddała nam olbrzymią usługę. Wyrwała ona ojca z dotychczasowej apatji...
Orzelska zerknęła dziwnie na Zosieńkę, lecz nie odrzekła ani słówka.

W dwie godziny później, znów ktoś cicho zapukał w okno Orzelskiej. Niecierpliwie oczekiwała ona tego sygnału, bo podbiegła do okna i rozwarła je prędko.
Stał za nim rzekomy baron Raźnia-Raźniewski, z twarzą wtuloną w podniesiony kołnierz od palta i w nasuniętej na oczy czapce sportowej.
— Masz? — rzuciła prędko.
Zdziwił się.
— Cóż mam mieć?
— Biżuterję!
— Jaką?
— Tę, którą wyniósł Krzesz w małej walizeczce
Wielkie zdziwienie odbiło się na obliczu męż-

190