Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/205

Ta strona została uwierzytelniona.

i nagle zniknęła! A pan jedynie, miał ją w ręku...
— Więc pan mnie posądza?
Tamten, nie spuszczając oczu z malarza, skinął głową.
— Pan mnie posądza — wołał Krzesz z wzrastającym gniewem — że ukradłem walizkę? Że jestem złodziejem? Jak pan śmie? Panie Raźnia-Raźniewski, ja tego płazem nie puszczę.
Raźnia Raźniewskiego również poczynała ogarniać pasja. Któż mógł zabrać neseser, prócz malarza? Nigdy się nie spodziewał, że Krzesz jest takim ananasem i że spłata im podobną sztukę. Gałgan, zapiera się czelnie! Jego, arcymistrza awanturników, pragnie wystrychnąć na dudka? Najchętniej zbiłby teraz Krzesza na kwaśne jabłko i wymusił zwrot tych upragnionych klejnotów. Lecz swą rolę wielkiego pana grać musi do końca i inaczej ze smarkaczem sobie poradzi.
— Panie Krzesz! — rzekł, opanowując się z całej mocy. — Pozostawmy gromkie słowa w spokoju! Proszę o natychmiastowy zwrot walizki... Sto tysięcy, to nie żarty...
— Obraża mnie pan i dłużej nie mam zamiaru...
Krzesz stał przed baronem, zaciskając pięście i wydawało się, że za chwilę rzuci się na niego. Lecz, słowa, które posłyszał, oblały malarza nagle, niby kubłem zimnej wody.
— Ach tak! — mówił Raźnia-Raźniewski już zimno, bijąc w Krzesza każdem słowem, jak taranem, Czuje się pan dotknięty? Może zamierza wyzwać mnie na pojedynek? Niestety, my potraktujemy sprawę, w sposób niezbyt miły dla pana!

203