Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/222

Ta strona została uwierzytelniona.

Lecz, stale los gotuje nieoczekiwane przeszkody.
Chcąc skrócić godziny oczekiwania, Marta gawędziła z malarzem, poruszając wciąż ten sam tak ciekawy a palący dla nich temat.
Powoli płynął czas. Wreszcie wybiła piąta, zbliżała się pora, o której mieli pospieszyć na pomoc Zosieńce. Czarno ubrana kobieta, siedziała, na pozór, apatycznie, na otomanie.
Nagle, powstawszy z miejsca, rzekła:
— Idę na chwilę do kuchenki i wnet powrócę!
Wyszła.
A gdy przedłużała się jej nieobecność, zaniepokojona Marta, wybiegła za nią.
Kuchenka była pusta. Szalona zdołała, po cichu wyślizgnąć się z mieszkanka.
— Boże! — zawołała, z rozpaczą. — Uciekła! Napewno, popełni jaką niedorzeczność! Należy ją koniecznie odnaleźć!
Lecz, daremnie po ulicach miasta szukali obłąkanej!
Daremnie!
A gdy pod ługich poszukiwaniach, spojrzeli na zegar, stwierdzili z przerażeniem, że już minęła szósta?
Czy zdążą?
Wszak do pałacyku Orzelskich daleka oczekiwała ich droga!
Niestety, to opóźnienie stało się dla Zosieńki fatalne!


220