Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/231

Ta strona została uwierzytelniona.

Więc nie wygadał się z niczem i nie jego słowa wypędziły z domu Zosieńkę. Orzelska odetchnęła głęboko, jakby wielki ciężar spadł z jej piersi i pośpieszyła do salonu, gdzie oczekiwał na nią od dłuższego czasu Raźnia-Raźniewski.
Mierzył on wielkiemi krokami pokój. Znać było, że zaprząta go jakaś dręcząca myśl.
Ale Tamara w swem podnieceniu, nie zauważyła zmienionej twarzy „barona“. Wzburzonym głosem przemówiła:
— Dobrze, że jesteś!... Niema chwili do stracenia.. Nagwałt trzeba coś postanowić! Wszystko się rwie — Szarecki wypowiedział mi otwartą wojnę, nie chce dać mi proszków, ani trucizny... Doszło pomiędzy nami do straszliwej awantury... Nie mogłam w żaden sposób z nim sobie poradzić!... A tu lada chwila zbudzi się stary!... Na dobitek, Zosieńka nie opowiedziawszy się przedtem, wyszła z willi, w niewiadomym celu... Nie pojmuję, co to znaczy...
Raźnia-Raźniewski nie miał teraz w oku nieodstępnego monokla, a jakieś nerwowe kurcze przebiegły po kamiennej masce, kiedy posłyszał słowa kochanki.
— Widzisz! — mówił cierpko — Nie omyliły mnie przewidywania i ten Szarecki nie podobał mi się od początku! Tyś chciała być mądrzejsza odemnie i twierdziłaś inaczej! Tacy durnie o słabym charakterze, zawiodą wcześniej, czy później... I co do tej Zosieńki się nie łudź! Dobrze ja panienkę obserwuję i przysiągłbym, że umyślnie udaje naiwną...
— Ależ, co robić? — zawołała — Ryszardzie, radź! Ty masz przecież genjalną głowę...

229