Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/232

Ta strona została uwierzytelniona.

Skrzywił się niechętnie.
— Czasem najlepsza głowa nie poradzi! Jeszcze nie wiesz o najgorszem! Malarz wpiera czelnie, że nie zabrał walizeczki!
— Krzesz ukradł neseser?
— A któżby inny?
Czerwień zabarwiła policzki Orzelskiej.
— Nie, to przechodzi wszelkie pojęcie! — zawołała — Kresz!.... Ten zacny Krzesz... Złodziej! Zwyczajny złodziej!... Wykorzystywa sytuację, żeby nas okraść! Tom się zawiadła, na łotrze! Co teraz postanowić?
Awanturnik zastanowił się chwilę.
— Bardzo ciężka sprawa! — mruknął. — O ile Krzesz nie zwróci biżuterji dobrowolnie, nie wiem, czy prędko uda mu się ją odebrać! Nawet złożywszy skargę do władz. Zrobią rewizję, a on tymczasem zdążył napewno dobrze ukryć walizkę i nic u niego w pracowni się nie znajdzie. Poza tem, wtajemniczenie policji w nasze sprawy, pociągnąć może za sobą różne niemiłe następstwa. Sama chyba pojmujesz?
Skinęła głową.
— Nastraszyłem malarza porządnie! — mówił dalej — A nuż się przerazi moich pogróżek i skandalu, nie wiedząc, że my, bardziej jeszcze niźli on, unikamy rozgłosu. Za kilka godzin wszystko się wjaśni. Bądź pewna, że nie będę żartował z Krzeszem! Jeśli biżuterji nie odzyskam, ginie ostatnia deska ratunku.

230