Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/24

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie... nie... — wybełkotał, z jawnym lękiem. Tylko nie to... Nie, Iwan... Przecież byłem grzeczny, kiedy przyszedł ten obcy... Nie powiedziałem mu ani słówka... Choć was się okropnie boję...
— Skoro się boisz — wyrzekła twardo — to czemu nie chcesz podpisać? Podpiszesz i zostawimy cię w spokoju!... Inaczej... Sam wiesz, co cię czeka... Zresztą, za to, żeś krzyczał i tak należy się kara... Sprowadziłeś mi na kark jakiegoś draba i o mało nie miałam przykrości...
— Już nigdy nie będę krzyczał!
— A podpiszesz?
Mężczyzna pochylił głowę.
Kobieta zaśmiała się drapieżnie i klasnęła w dłonie.
— Iwan! — wykrzyknęła głośno. — Chodź tu natychmiast!
Stary człowiek stał się nagle podobny do małego dziecka. Twarz wykrzywił mu grymas błagalny i bezradnie wyciągnął ręce.
— Znów mnie będzie bił! — wybełkotał ze szlochem. — Po twarzy... po ciele... Nie... nie... Jak on strasznie bije... Toć we mnie już prawie życia nie zostało... Spójrz na te sinaki! — wskazał na dłonie. — Palcami poruszyć nie mogę!... Ty mnie bij lepiej...
— Wolisz, żebym ja cię biła? — syknęła. — To zamało!... To ci sprawia tylko przyjemność! Nie licz na to... Z tobą się rozprawi Iwan...
Mężczyzna szarpnął się parę razy w fotelu... Widać było, że chce powstać i uciekać, a poruszyć się nie może.

18